poniedziałek, 20 lutego 2012

Nowy Jork - recenzja

W końcu znalazłem chwilę wolnego czasu! Oderwawszy się na moment od pracy magisterskiej, tony innych książek i innych obowiązków, chciałbym – na szybko – podzielić się moimi wrażeniami z lektury Nowego Jorku, najnowszego dodatku do Neuroshimy.

Zacznę od strony wizualnej. Moim zdaniem grafiki w dodatkach do Neuroshimy ciągle się rozwijają. Okładka jest naprawdę ładna, a jej nieco stalowy odcień wyraźnie wskazuje, w jakim Kolorze najlepiej prowadzić nowojorską kampanię. Ilustracje wewnątrz, moim zdaniem, są dość ponure (to dobrze), choć momentami zbyt ciemne. Musiałem poświęcić parę chwil na ich lustrację. Uważam też, że podpisy pod obrazkami są dobrym pomysłem, część z nich nawet ma w sobie walor dowcipaska. W sensie, że mnie rozbawiły. Mój ulubiony: „- Gdzie ty się jeździć uczyłeś? – Nie twój zasrany interes!”. Fajne jest to też choćby z tego powodu, że tego typu podpisy sprzyjają wyobrażaniu sobie pewnych scenach sytuacyjnych, które mogą pojawić się na sesji. Ile razy wybuchaliście śmiechem, bo ktoś powiedział coś śmiesznego?

Jeśli mowa o dowcipach, poświęcę parę słów samemu językowi. Choć w przypadku Nowego Jorku jest lepiej niż z Prawem i Sprawiedliwością, nadal czułem się już trochę zmęczony tym luzakiem-gawędziarzem, który ważne fakty przeplata z opowieściami o dupie Maryni. Wiem, gawędziarstwo to integralna część Neuroshimy, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że gdyby z niego zrezygnować (choćby na rzecz połowy dodatku), udałoby się upchnąć więcej konkretnych informacji, więcej detali, które mistrz gry mógłby obrobić samodzielnie. Nie jestem przy tym całkowicie przeciwny gawędziarzowi. Uważam, że dzięki temu łatwiej jest poczuć i zrozumieć niektóre elementy świata przedstawionego (w tym przypadku Nowego Jorku). Chodzi tylko o to, by rozróżnić, kiedy warto oddawać się takiemu – nie bójmy się użyć tego słowa – wodolejstwu, a kiedy jednak ukonkretyzować treść. Nie wiem, czy jestem odosobniony w tej materii, czy może inni fani Neuroshimy mają podobne odczucia do moich.

Nowy Jork to dobry nationbook. Moim zdaniem wypada o wiele lepiej od Detroit i Miami. Myślę, że to przede wszystkim zasługa objętości – jakoś udało się przekazać sedno NJ na tych tradycyjnych 128 stronach. Więcej bym nie zdzierżył. Zaczynamy zatem od ogólnego spojrzenia na Nowy Jork. Dowiadujemy się, jaka jest rzeczywistość, jak to wygląda okiem przybysza. Następnie wjeżdżamy do miasta i odbywamy małą podróż po najważniejszych jego częściach. Krótkie opisy lokacji z domieszką gadania o byle czym. Nie znaczy to jednak, że niczego nowego się nie dowiemy. Prócz ważnych miejsc, oczywiście, trochę czasu poświęcamy na zapoznanie się z gildiami, czyli najważniejszymi graczami politycznymi Nowego Jorku. Przez cały suplement przewijają się niewielkie tabelki z pomysłami, z zahaczkami na sesje w konkretnych klimatach. Propozycji na przygody nie brakuje.

Pojawiło się trochę nowych zasad, ale raczej niewiele. Gdzieniegdzie je poutykano, jako uzupełnienie opisów jakichś frakcji. Chcesz grać medykiem z Navarro? Tu masz opis działania ich specyficznych masek. Chcesz być karabinierem? Tu masz karabin. Dla mnie mało, ale zdaję sobie sprawę, że nie było konieczności tworzenia całej góry nowych zasad. Na osłodę jednak przedstawiono tu dwie profesje: Przemytnika i Obrońcy. Obrońca… Dlaczego Obrońca? Powiem szczerze, że gdy tylko przeczytałem opis drugiej profesji, uśmiech wystąpił na mej brzydkiej twarzy. Już czuję tę zabawę w terrorystów nowej, zasranej ery.

Podoba mi się ten Nowy Jork. Z reguły preferuję swoje pomysły nad cudze, jednak tym razem muszę przyznać, że autorzy przekonali mnie do swojej wizji. Politycznie Nowy Jork wydaje się dość złożony, a to dobrze. Dużo graczy w walce o wpływy, intrygi, wiele zakulisowych rozgrywek, własne aspiracje i to nieodparte wrażenie, że lada moment cała ta konstrukcja się sypnie. To przeczucie narastało z każdą przeczytaną stroną, aż dotarłem do ostatniego rozdziału o tajemnicach Nowego Jorku, czyli wiedzy przeznaczonej tylko dla mistrza gry. To raptem parę stron, jednak stanowią one wisienkę na torcie. Sprawiają, że Nowy Jork staje się faktycznie ciekawym miejscem, wartym rozegrania całej kampanii pełnej spiskowych teorii, strzelanin i wybuchów. Czego mi brakuje? Lepszej mapy. Owszem, na końcu dodatku znajduje się jakaś, ale… no, powiedzmy, że nie jest ona szczególnie czytelna i raczej niewiele miejsca na niej do nanoszenia własnych informacji. Chciałbym w przyszłości dostać do rąk większą mapę, chociażby formatu A4. O tak!

Myślę, że Nowy Jork dobrze spełni swoją rolę. Suplement cechuje się pewną dojrzałością, wyraźnie da się wyczuć, że treść została dobrze przemyślana. Opis miasta jest przekonujący i – jeśli można tak powiedzieć – wiarygodny. Gdybym miał w przyszłości możliwość poprowadzenia kampanii w Nowym Jorku, nie zawahałbym się wykorzystać pomysłów z tego dodatku, czerpałbym pełnymi garściami.

1 komentarze:

  1. Mapa na A2 z siatką i zaznaczonymi najważniejszymi miejscami, strefami wpływów i wyjątkowymi obiektami. To by było dopiero coś. :)

    Co do neuroshimowego gawędziarstwa, myślę dokładnie tak samo. Ten sam, chociaż genialny, trick powtarzany w nieskończoność zaczyna być nużący, co więcej każdy szanujący się fan NS musi ten styl kopiować (zwykle z miernym rezultatem) w każdym swoim pomyśle. Po prostu mi się przejadło.

    OdpowiedzUsuń